piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział IV

Idziemy kolejną ulicą, zmierzamy prostu ku centrum, jednak poruszamy się wolno, jakby nasze nogi odmawiały kierowania się w tamtą stronę. Jak dotąd nie minęliśmy nikogo ani niczego, jest około godziny dziewiętnastej, robi się szarawo.
   Trzymamy broń w pogotowiu, idziemy rozglądając się. Mijamy starą wieżę ciśnień, potem stare kamienice w ruinie, aż w końcu znajdujemy się pomiędzy budynkiem liceum i szpitalem.
Wtedy wiadomo już nam, że wkroczyliśmy do centrum.
Zewsząd dobiega nas ciche, gardłowe warczenie. Serce podskakuje mi do gardła, staję i nasłuchuję.
Przełykam głośno ślinę, patrzę na pozostałych, którzy rozglądają się równie przestraszeni. Zaciskam dłonie na chłodnej stali pistoletów, z wyciągniętą przed siebie bronią, rozglądam się.
Z różnych stron wychodzą ku nam,odór jest nie do zniesienia. Są przygarbione, niskie nieco zdeformowane. Posiadają zszarzałą skórę, ich oczy są zwężone i pożółkłe. Z przerażeniem zwracam uwagę na ich paznokcie: długie, zakrzywione i sczerniałe.
Ghule.
Większość z nich nie ma ubrań, z łatwością da się rozpoznać, kim byli za życia.
Wygłodniałe potwory zmierzają ku nam, są wszędzie, otaczają nas, zacieśniając krąg. Cofam się na ugiętych nogach, próbuję uniknąć kontaktu ze zbliżającym się zagrożeniem. Krzyczę, gdy uderzam o kogoś plecami. Widzę, że cała nasza piątka spotkała się na środku, nikt nie wie co zrobić. Oddycham ciężko, trudno mi utrzymać wzrok na jednym ghulu dłużej, nerwowo skacze oczyma.
Powarkiwania są głośniejsze, odór nasila się.
-Na trzy...- słyszę Patryka.
Od razu domyślam się, co mu chodzi po głowie. Mocniej staję na nogach, biorę głęboki oddech i wymierzam.
-Raz... Dwa... TRZY!- ostatnie słowo zostało zagłuszone nagłym, zmasowanym wystrzałem z pistoletów. Krzyczę, potwory padają jeden po drugim, ale nagle druga fala skacze na nas. Wymierzam, strzelam szybko. Kiedy kończy mi sie amunicja, klnę i kucam. Z trudem unikam ataku ghula.
Gwałtownie podrywam się z miejsca, uderzam jednego potwora kolbą pistoletu, tamten odskakuje.
Kątem oka widzę, jak reszta przedziera się przez ghule, biegnie w kierunku szpitala. Ruszam za nimi, co po chwila broniąc się ledwo przed atakiem ghula. Patryk strzela gdzieś koło mnie, słyszę nieprzyjemny, wilgotny odgłos zatapiającego się pocisku w ciele. Nie zastanawiam się długo, biegnę dalej.
Zmierzamy w kierunku szpitala, potem starą ulicą Warszawską. Biegniemy co tchu, dyszymy, za nami ciągnie się kolumna ghuli. Adrenalina mnie napędza, nie czuje zmęczenia, po prostu uciekam, panika mnie ogarnia. Czuję się coraz bardziej zagrożona, w uszach szumi mi krew. Myślę tylko o jednym: biegnij, biegnij, biegnij!
Nagle, przed nami pojawia się postać. Rozpoznaje w niej zwykłego człowieka, nie jest uzbrojony, krzyczy i wymachuje rękoma nad głową.
Wszyscy przyspieszamy. Już nie patrzymy na ghule, patrzymy prosto na człowieka.
Nagle nasza jedyna nadzieja odwraca się i skacze w kierunku płotu, przez chwilę wygląda to, jakby padł na plecy i wpada się do rynsztoka.
Kiedy jestem bliżej widzę, że w miejscu, gdzie powinna być krata i odpływ ścieków, jest niewielka dziura, idealna na szerokość barków dorosłego mężczyzny.
Automatycznie kierujemy się tam, jeden po drugim wskakujemy w dziurę.
Ląduję w kanale, jest nisko,  muszę się schylać.
Kiedy Patryk, jako ostatni, wślizga się, jakiś ghul nieporadnie pada koło dziury, macha zakrzywionymi paznokciami, jednak nie udało mu się wejść. Jego nie zgrabne ciało nie może odpowiednio wpasować się w otwór.
Słyszę gwizd, odwracam głowę w kierunku dźwięku, widzę znowu postać. Macha ręką na nas, odwraca się i biegnie przed siebie. Nie zwlekamy, od razu ruszamy za osobą, nie rozmawiamy, nie komentujemy. Po prostu idziemy ślepo przed siebie.
W końcu na boku betonowej ściany widzimy drabinę, postać znika właśnie w otworze do góry. Jeden po drugim wchodzimy po szczeblach.
Jako pierwsza znajduję się w ciemnej sieni. Siadam koło dziury, nic nie widzę, zaczynam się bać. Nerwowo zaciskam dłonie na pistoletach, chociaż wiem, że nie ma już w nich amunicji. To nic, może chociaż trochę przestraszę ewentualnych wrogów.
-Cholera.- słyszę gdzieś z boku. Obok mnie wyczuwam, jak jakaś ciepła, nieznajoma dłoń dotyka mojego ramienia, serca podchodzi mi do gardła, jednak nie odzywam się. Moi towarzysze nieświadomi niczego wchodzą jeden po drugim, są zdezorientowani.
-Więcej was matka nie miała?- jakiś inny głos mówi z kąta pomieszczenia.
Moje oczy powoli przyzwyczajają się do ciemności, już widzę dłoń na moim ramieniu. Jest to zdecydowanie damska ręka, lecz boje się sprawdzić, do kogo należy. Po prostu siedzę, oddycham płytko, patrzę na przyjaciół.
-Weronika?- szepcze Patryk, szuka mnie. Chcę się odezwać, jednak głos uwiązł mi w gardle, kiedy biorę gwałtowny oddech przez usta, dłoń, która dotąd leżała mi na ramieniu zaciska się na ustach.
-Ciiiii.- słyszę koło ucha.- Zepsujesz wszystko.
Przełykam ślinę, teraz ogarnia mnie panika. A więc wpadli w jeszcze większe gówno, niż ghule! To zasadzka, bandyci, zabójcy, handlarze...
Krzątanina parę metrów dalej daje mi do zrozumienia, że wrogów jest więcej, niż mogę się spodziewać. Szepty narastają, ktoś się zaśmiał, nie widzę i nie słyszę swoich. Ze strachem zaczynam się miotać, chwytam dłoń na ustach i wbijam w nią paznokcie. Napastnik syczy z wściekłością, a gdy podrywam się od ziemi, w kącie pomieszczenia ktoś odpala świecę. Kilka osób wybucha śmiechem.
Rozglądam się, w tym samym momencie zapłonęło kilka następnych świec. Widzę nagły natłok dziwnie znajomych twarzy, odnajduję przyjaciół, którzy są równie zakneblowani, jak ja przed chwilą.
-Weronika!-słyszę czyjś rozradowany głos. Odwracam się, marszczę brwi, a potem nagle uśmiecham się.
-Jak zwykle psujesz nam niespodziankę.
-Nie umiesz się bawić.- mówi chłopak, który jeszcze przed chwilą trzymał Michała. Przyjaciel odwraca się, przygląda swojemu napastnikowi, po czym wybucha nagłym entuzjastycznym śmiechem.
-Dzida! Kurde, stary...
-Ja też myślałem, że nie żyjesz.- rechocze tamten i klepie go po ramieniu.
Rozpoznaję wszystkich. Starzy znajomi, w moim wieku, chodzili ze mną do gimnazjum, niektórzy też byli w mojej drużynie. Od razu rozpoznaję Marcelinę, to ona mnie trzymała, potem Macieja, Janka, Olę i jeszcze jedną, siedzącą w kącie dziewczynę, której naprawdę nie chciałabym widzieć. Automatycznie odwracam od niej wzrok, lecz ona wstaje, patrzy na wszystkich z uniesionymi brwiami. Zuza, moja była przyjaciółka.
   Przez chwilę z dziwnym uśmiechem kręcę się, patrzę na wszystkich, potem witamy się uściskami. Naprawdę, nie wierzyłam, że trafimy na kogokolwiek takiego.
Gdy już powitań nadszedł kres, prowadzą nas z ciemnej sieni na wyższe piętro. Tłumaczą, że jesteśmy w sieci kamienic, które ze sobą połączyli i opanowali. Niedługo potem, siedzimy już w dużym pomieszczeniu wypełnionym świecami i lampami gazowymi; na workach wypchanych szmatami, jak we fotelach. Z ciekawością rozglądam się, chcę zapytać o wszystko, jednak najpierw muszę nacieszyć wzrok starymi znajomymi. Czuję, jak jedna osoba uparcie wwierca we mnie swoje spojrzenie, jednak ja staram się nie zwracać na nią uwagi. Tym problemem zajmę się później.


1 komentarz: