piątek, 29 sierpnia 2014

Rozdział IV

Idziemy kolejną ulicą, zmierzamy prostu ku centrum, jednak poruszamy się wolno, jakby nasze nogi odmawiały kierowania się w tamtą stronę. Jak dotąd nie minęliśmy nikogo ani niczego, jest około godziny dziewiętnastej, robi się szarawo.
   Trzymamy broń w pogotowiu, idziemy rozglądając się. Mijamy starą wieżę ciśnień, potem stare kamienice w ruinie, aż w końcu znajdujemy się pomiędzy budynkiem liceum i szpitalem.
Wtedy wiadomo już nam, że wkroczyliśmy do centrum.
Zewsząd dobiega nas ciche, gardłowe warczenie. Serce podskakuje mi do gardła, staję i nasłuchuję.
Przełykam głośno ślinę, patrzę na pozostałych, którzy rozglądają się równie przestraszeni. Zaciskam dłonie na chłodnej stali pistoletów, z wyciągniętą przed siebie bronią, rozglądam się.
Z różnych stron wychodzą ku nam,odór jest nie do zniesienia. Są przygarbione, niskie nieco zdeformowane. Posiadają zszarzałą skórę, ich oczy są zwężone i pożółkłe. Z przerażeniem zwracam uwagę na ich paznokcie: długie, zakrzywione i sczerniałe.
Ghule.
Większość z nich nie ma ubrań, z łatwością da się rozpoznać, kim byli za życia.
Wygłodniałe potwory zmierzają ku nam, są wszędzie, otaczają nas, zacieśniając krąg. Cofam się na ugiętych nogach, próbuję uniknąć kontaktu ze zbliżającym się zagrożeniem. Krzyczę, gdy uderzam o kogoś plecami. Widzę, że cała nasza piątka spotkała się na środku, nikt nie wie co zrobić. Oddycham ciężko, trudno mi utrzymać wzrok na jednym ghulu dłużej, nerwowo skacze oczyma.
Powarkiwania są głośniejsze, odór nasila się.
-Na trzy...- słyszę Patryka.
Od razu domyślam się, co mu chodzi po głowie. Mocniej staję na nogach, biorę głęboki oddech i wymierzam.
-Raz... Dwa... TRZY!- ostatnie słowo zostało zagłuszone nagłym, zmasowanym wystrzałem z pistoletów. Krzyczę, potwory padają jeden po drugim, ale nagle druga fala skacze na nas. Wymierzam, strzelam szybko. Kiedy kończy mi sie amunicja, klnę i kucam. Z trudem unikam ataku ghula.
Gwałtownie podrywam się z miejsca, uderzam jednego potwora kolbą pistoletu, tamten odskakuje.
Kątem oka widzę, jak reszta przedziera się przez ghule, biegnie w kierunku szpitala. Ruszam za nimi, co po chwila broniąc się ledwo przed atakiem ghula. Patryk strzela gdzieś koło mnie, słyszę nieprzyjemny, wilgotny odgłos zatapiającego się pocisku w ciele. Nie zastanawiam się długo, biegnę dalej.
Zmierzamy w kierunku szpitala, potem starą ulicą Warszawską. Biegniemy co tchu, dyszymy, za nami ciągnie się kolumna ghuli. Adrenalina mnie napędza, nie czuje zmęczenia, po prostu uciekam, panika mnie ogarnia. Czuję się coraz bardziej zagrożona, w uszach szumi mi krew. Myślę tylko o jednym: biegnij, biegnij, biegnij!
Nagle, przed nami pojawia się postać. Rozpoznaje w niej zwykłego człowieka, nie jest uzbrojony, krzyczy i wymachuje rękoma nad głową.
Wszyscy przyspieszamy. Już nie patrzymy na ghule, patrzymy prosto na człowieka.
Nagle nasza jedyna nadzieja odwraca się i skacze w kierunku płotu, przez chwilę wygląda to, jakby padł na plecy i wpada się do rynsztoka.
Kiedy jestem bliżej widzę, że w miejscu, gdzie powinna być krata i odpływ ścieków, jest niewielka dziura, idealna na szerokość barków dorosłego mężczyzny.
Automatycznie kierujemy się tam, jeden po drugim wskakujemy w dziurę.
Ląduję w kanale, jest nisko,  muszę się schylać.
Kiedy Patryk, jako ostatni, wślizga się, jakiś ghul nieporadnie pada koło dziury, macha zakrzywionymi paznokciami, jednak nie udało mu się wejść. Jego nie zgrabne ciało nie może odpowiednio wpasować się w otwór.
Słyszę gwizd, odwracam głowę w kierunku dźwięku, widzę znowu postać. Macha ręką na nas, odwraca się i biegnie przed siebie. Nie zwlekamy, od razu ruszamy za osobą, nie rozmawiamy, nie komentujemy. Po prostu idziemy ślepo przed siebie.
W końcu na boku betonowej ściany widzimy drabinę, postać znika właśnie w otworze do góry. Jeden po drugim wchodzimy po szczeblach.
Jako pierwsza znajduję się w ciemnej sieni. Siadam koło dziury, nic nie widzę, zaczynam się bać. Nerwowo zaciskam dłonie na pistoletach, chociaż wiem, że nie ma już w nich amunicji. To nic, może chociaż trochę przestraszę ewentualnych wrogów.
-Cholera.- słyszę gdzieś z boku. Obok mnie wyczuwam, jak jakaś ciepła, nieznajoma dłoń dotyka mojego ramienia, serca podchodzi mi do gardła, jednak nie odzywam się. Moi towarzysze nieświadomi niczego wchodzą jeden po drugim, są zdezorientowani.
-Więcej was matka nie miała?- jakiś inny głos mówi z kąta pomieszczenia.
Moje oczy powoli przyzwyczajają się do ciemności, już widzę dłoń na moim ramieniu. Jest to zdecydowanie damska ręka, lecz boje się sprawdzić, do kogo należy. Po prostu siedzę, oddycham płytko, patrzę na przyjaciół.
-Weronika?- szepcze Patryk, szuka mnie. Chcę się odezwać, jednak głos uwiązł mi w gardle, kiedy biorę gwałtowny oddech przez usta, dłoń, która dotąd leżała mi na ramieniu zaciska się na ustach.
-Ciiiii.- słyszę koło ucha.- Zepsujesz wszystko.
Przełykam ślinę, teraz ogarnia mnie panika. A więc wpadli w jeszcze większe gówno, niż ghule! To zasadzka, bandyci, zabójcy, handlarze...
Krzątanina parę metrów dalej daje mi do zrozumienia, że wrogów jest więcej, niż mogę się spodziewać. Szepty narastają, ktoś się zaśmiał, nie widzę i nie słyszę swoich. Ze strachem zaczynam się miotać, chwytam dłoń na ustach i wbijam w nią paznokcie. Napastnik syczy z wściekłością, a gdy podrywam się od ziemi, w kącie pomieszczenia ktoś odpala świecę. Kilka osób wybucha śmiechem.
Rozglądam się, w tym samym momencie zapłonęło kilka następnych świec. Widzę nagły natłok dziwnie znajomych twarzy, odnajduję przyjaciół, którzy są równie zakneblowani, jak ja przed chwilą.
-Weronika!-słyszę czyjś rozradowany głos. Odwracam się, marszczę brwi, a potem nagle uśmiecham się.
-Jak zwykle psujesz nam niespodziankę.
-Nie umiesz się bawić.- mówi chłopak, który jeszcze przed chwilą trzymał Michała. Przyjaciel odwraca się, przygląda swojemu napastnikowi, po czym wybucha nagłym entuzjastycznym śmiechem.
-Dzida! Kurde, stary...
-Ja też myślałem, że nie żyjesz.- rechocze tamten i klepie go po ramieniu.
Rozpoznaję wszystkich. Starzy znajomi, w moim wieku, chodzili ze mną do gimnazjum, niektórzy też byli w mojej drużynie. Od razu rozpoznaję Marcelinę, to ona mnie trzymała, potem Macieja, Janka, Olę i jeszcze jedną, siedzącą w kącie dziewczynę, której naprawdę nie chciałabym widzieć. Automatycznie odwracam od niej wzrok, lecz ona wstaje, patrzy na wszystkich z uniesionymi brwiami. Zuza, moja była przyjaciółka.
   Przez chwilę z dziwnym uśmiechem kręcę się, patrzę na wszystkich, potem witamy się uściskami. Naprawdę, nie wierzyłam, że trafimy na kogokolwiek takiego.
Gdy już powitań nadszedł kres, prowadzą nas z ciemnej sieni na wyższe piętro. Tłumaczą, że jesteśmy w sieci kamienic, które ze sobą połączyli i opanowali. Niedługo potem, siedzimy już w dużym pomieszczeniu wypełnionym świecami i lampami gazowymi; na workach wypchanych szmatami, jak we fotelach. Z ciekawością rozglądam się, chcę zapytać o wszystko, jednak najpierw muszę nacieszyć wzrok starymi znajomymi. Czuję, jak jedna osoba uparcie wwierca we mnie swoje spojrzenie, jednak ja staram się nie zwracać na nią uwagi. Tym problemem zajmę się później.


środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział III

  W mieszkaniu dalej rozchodzą się dźwięki muzyki. Wstaję z ziemi, chwytam pozwijane płótna i siadam pod ścianą. Otwieram rulony, kładę je przed sobą, dalej się uśmiecham. To repliki obrazów. Cieszę się na ich widok, przypominają mi czasy przed wojną.
Za nim to wszystko się stało, dwa lata uczęszczałam do liceum plastycznego. Niestety później, kiedy Rosjanie wkroczyli do Poznania, szkoła, jak wszystkie inne, została zamknięta, a ja wróciłam do domu.
Rozpoznaję z łatwością replikę "Płonącej Żyrafy" Salvadora Dali. Większość z tych obrazów to właśnie kopie surrealistów. "Zegary", "Krzyk"... zastanawiam się, jak bardzo te przerażające sceny mają się do aktualnej sytuacji. Czy może artyści z ubiegłego wieku przewidzieli to wszystko?
  Opieram się plecami o ścianę, patrzę na towarzyszy, którzy po kolei wyciągali płyty i czytali tytuły oraz nazwę wykonawców.
-The Doors!- zachwyciła się Tyna, wyciągnęła z gramofonu Chopinowską płytę, zastąpiła ją starym rock'n'rollem.
-Come on baby, light my fire, try to set the night on fire...- śpiewam razem z wykonawcą, kiwam głową w rytm. Z niekrytą radością patrzę, jak Michał wstaje, chwyta Tynę za ręce i podrywa ją do tańca.
Kręcą się, skaczą, śpiewają i śmieją, ja klaszczę razem z Patrykiem i Julią. Na moment odrywamy się od codzienności, przenosimy do dawnych lat. Czuję się cudownie.
Nagle coś odbija mi się kątem oka, patrzę w tamtą stronę, widzę popękane lustro. Przez krótki moment przyglądam się sobie, mrugam na powitanie tamtej mnie.
Mam krótkie, niechlujnie ucięte, brązowe włosy. Regularnie je ścinam, nie chcę, żeby przeszkadzały mi w działaniu. Kiedyś nosiłam długą kitkę, jednak to było przed wojną. Moja okrągła twarz jest brudna od kurzu, duże, brązowe oczy podkrążone od braku snu. Usta niegdyś różane, teraz są popękane.
Spod warstwy kurzu nie widać mojej dość ciemnej karnacji. Jestem nie wysoka, właściwie tutaj wszyscy oprócz Juli są ode mnie wyżsi.
Pamiętam, że przed wojną, nie byłam tak chuda jak teraz. Czasem zastanawiam się, czy kiedykolwiek dojdę do siebie, po tych szybkich wydarzeniach...
Gwałtownie odwracam głowę od lustra. jestem za bardzo podobna do matki, to przywołuje wspomnienia. Jestem ciekawa, czy jest bezpieczna w Holandii...
Moi rodzice byli rozwiedzeni jeszcze przed Pierwszą Bombą. Ojciec mieszkał w Holandii, tam też miałam uciekać, razem z matką i bratem. Jednak nie chciałam wyjeżdżać, wolałam zostać, pomóc tutaj. Nasza drużyna pomagała w podziemiach rannym i potrzebującym, wiedziałam, że jestem tam potrzebna. Dlatego nie wyjechałam. Zostałam w kraju, pomogłam mamie uciec i od tamtej chwili je nie widziałam. Tak jak nikogo innego z mojej rodziny.
Odpycham od siebie te myśli skupiam się na leżących przede mną obrazach i muzyce.
-Trafiliśmy do domu jakiegoś dobrego człowieka.- wzdycha uradowany Patryk.- Miał gust.
Zgadzam się z nim, kiwam głową i powoli zwijam obrazy. Odkładam je na miejsce.
Patrzę, jak Martyna siada pod zakrytym oknem, opowiada coś Wiśni. Zauważam, że znam ją już osiem lat. Przed wojną byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami, praktycznie nierozerwalnymi. Słuchałyśmy podobnej muzyki, miałyśmy te same poglądy. Do dziś pamiętam, jak zawsze narzekała na swój wzrost.
Jest naprawdę wysoką kobietą, pewnie centymetr niższą od Michała. teraz nie przeszkadza jej, to a może nie zwraca na to uwagi..?
- Lepiej pójdźmy już spać.- szepczę, gdy muzyka się kończy. Cała reszta pokiwała głowami.
-Masz rację, jutro, w godzinach Szczytu, możemy posprawdzać resztę tych mieszkań.- dopowiada Patryk, po czym chowa gramofon i płyty.
Zanim każdy znalazł dla siebie kawałek podłogi, na którym może spać, opatruję nogę Wiśni. Przed snem wszyscy jemy jeszcze po jednym sucharku, pijemy nieco jałową herbatę.
Na ziemi pełnej gruzów nie jest jak w niebie, jednak gdy tylko układam się, czuję dopadające mnie zmęczenie. Zwykła podłoga i plecak pod głową stają się łożem w pięciogwiazdkowym hotelu.
Patrzę w sufit i rozmyślam.
Wiem, dlaczego nie możemy wychodzić na zewnątrz w godzinach Szczytu. Wtedy nawet osłona by nam nie pomogła, spalilibyśmy się żywcem.
Przeklinam w myślach Rosjan i te ich bomby. Wojna nuklearna całkowicie wyniszczyła warstwę ozonową,  dlatego musimy chować każdy centymetr skóry, inaczej usmażylibyśmy się jak kawałki mięsa na patelni. Tylko ghule są odporne na promieniowanie, ale nie ma pojęcia dlaczego... Zresztą, te istoty to inna historia.
Ludzie, którzy nie dostali się do podziemi podczas ewakuacji, zostali na powierzchni podczas nalotu.
Przez nuklearne wybuchy, promieniowanie i inne czynniki stali się mutantami, żywiącymi się ludzkim mięsem. Czasami przypominają mi zombie z tych wszystkich książek, które czytałam przed wojną. Bezmózgie istoty, które dążą tylko do przeżycia.
Wzdrygam się na samą myśl. Nie chcę o tym myśleć, zamykam oczy i oddaje się Morfeuszowi.
   Rankiem przez zasłony bije lekka łuna.
Zbieramy się dość szybko, pijemy herbatę i jemy małe śniadanie, w tle przygrywają nam the Doors. To najmilsze rano od długich lat.
W innych mieszkaniach nie znajdujemy niczego ciekawego; no, może po za małą szkatułką pełną biżuterii, za która możemy coś kupić, jeśli znajdziemy się w centrum. Po za tym w jednym z mieszkań Martyna znalazła gniazdo gołębi, które posłużą nam za obiad.
Kiedy kończymy, mija godzina piętnasta, możemy spokojnie wyjść na zewnątrz. Wiśnia może chodzić sama, chociaż nieco kuleje i idzie wolniej niż my.
Mijamy stary kościół, patrzę na tę ruinę z dziwnym otępieniem. Zaglądam do środka, wołam resztę.
Widok był nieco przerażający.
Ta świątynia była najmłodszym kościołem w naszym mieście. Nie przypomina klasycznych budowli sakralnych, nie ma wieży, nie posiada grubych murów. Budynek ten był budowany na bazie kwadratu, podzielonego na trzy, nie równe pasy: nawę główną i dwie poboczne. Prawa strona doszczętnie zawaliła się, a zadaszenie lewej jest dziurawe.
Idziemy wolno, rozglądamy się. Ławki są przykryte warstwą kurzu i pajęczyn, jednak stoją jak dawniej.
Ja patrze  przed siebie, na ołtarz. Światło wdzierające się do środka przez szczeliny w dachu, oświetla go blaskiem dnia.
Przez marmurową podłogę do środka wdarł się dąb, rósł w cieniu ściany. Posadzka koło ołtarza popękała, trawa wykorzystała to i porosła każdy odsłonięty kawałek ziemi. Byłam zachwycona.
Chociaż nie bywałam w tym miejscu wcześniej zbyt często, pamiętam jak to wyglądało przed tym wszystkim.
Ołtarz i ogromny, piękny obraz na ścianie za nim, ocalały bez szkód.
Podchodzimy bliżej, oni oglądają stół, ja podchodzę bliżej do dzieła. Nigdy nie było mi dane widzieć go z tej perspektywy.
Malowidło przedstawia świętą Jadwigę, klęczącą przed dużym krucyfiksem. Wszystko aż bucha ciepłymi kolorami.
-To są świece i złoto!- krzyczy za mną Michał. Automatycznie odwracam się i mierze go surowym spojrzeniem.
-Zostaw świecidełka.- warczę złowrogo. Chłopak patrzy na mnie, jest zdziwiony.
-Dlaczego?- pyta.
-Z szacunku.- odpowiadam juz ciszej, łagodniej i podchodzę do nich.
   Postanawiamy, że tam zjemy obiad, rozpalamy ognisko i pieczemy nad nim wcześniej przygotowane ptaki.
Jedząc cały czas patrzę w obraz, mam wrażenie, że Ukrzyżowany z malowidła przygląda mi się.
Po krótkim posiłku nie czekamy długo, usuwamy po nas ślady, jedyne co zabieramy ze sobą to porzucona przy jednej z ławek, chusta. Chowam ją do plecaka, po czym mówię.
-Jeśli mamy iść w kierunku Poznania, musimy przejść przez centrum. - wzdycham krótko.
Patryk marszczy brwi, bawi się swoimi długimi,  czarnymi dredami związanymi linką.
-Są tego plusy. - odpowiada.- Od handlarzy będziemy mogli kupić zapasy i medykamenty.
Jak dotąd szliśmy jak najbardziej omijając okolice centrum. Czułam się przez to jak czubek wskazówki zegara, krążący w okół tarczy. 

wtorek, 26 sierpnia 2014

Rozdział II

   Rankiem wszystko zdaje mi się inne. Słyszę nagłe huki, nie rozumiem jakim cudem przedarły się przez betonowe mury. Nagle zrywam się i rozumiem. To dzieje się wewnątrz bazy.
Obok mnie Martyna również się obudziła, posyła mi zdenerwowane spojrzenie, po czym bez zawahania chwyta swojego AKM/AKMS i wybiega z pomieszczenia. Widzę, jak długie, blond fale powiewają za nią. Myślę jeszcze chwilę, lecz zaraz potem przywdziewam buty, zapinam pas z bronią i ruszam za nią, popędzając wrzaskami Julię, która nie może znaleźć amunicji.
Mój krzyk miesza się z krzykami chłopaków, którzy już są przy drzwiach, gotowi do wyjścia. Budynkiem trzęsie, z sufitu sypie się gruz. Machinalnie zakładam na nagie ramiona lekką kurtkę moro, znowu zakładam chustę.
-Co się dzieje?!- pytam w między czasie. Patryk, stojący najbliżej mnie, odpowiada.
-Bandyci. Znaleźli nas.- mówi szybko i zwięźle.
Po chwili dołącza do nas Julia, w pełni gotowa do wyjścia.
-Za chwilę wyważą drzwi!- krzyczy Martyna, klęka koło Michała, ręce mocno zaciska na swoim kałachu.
Budynkiem znowu trzęsie, ledwo unikam kawałka gruzu, który z pewnością rozwaliłby mi czaszkę.
-Czekamy!- warczy Patryk.- Broń w gotowości, odsuńcie się od drzwi!
Czuję, jak serce podchodzi mi do gardła, zagryzam wargi, chwytam pistolety i wymierzam w drzwi.
Z drugiej strony po raz kolejny ktoś wali z ogromną siłą w wejście, ze ścian poleciał tynk i salwy kurzu. Nie zwracam na to uwagi, skupiam się tylko i wyłącznie na trzęsieniu podłogi. Cała nasza piątka milczy, wszyscy słuchają rytmicznych uderzeń bandytów.
Jeszcze jedno uderzenie, dwa, trzy...
Bandyci ostatni raz walnęli, wtedy zawiasy pękają, drzwi z ogłuszającym hukiem uderzają na podłogę przed nami. Przez ułamek sekundy jesteśmy zszokowani, potem słychać już tylko wystrzały z naszych broni.
Zaskoczeni bandyci padają w wejściu jak trupy, było ich tam kilku.
Kiedy ostatni upadł, Michał podbiega do jednego z nich, wyciąga z jego kieszeni magazynek, to samo robi reszta z innymi ciałami, bierzemy to co może się przydać, w pośpiechu z różnych zakamarków bazy chwytamy plecaki, wypełniamy je najpotrzebniejszymi rzeczami, po czym jeden po drugim wybiegamy na zewnątrz, zaniepokojeni krzykami z ulicy.
Widzę, jak z bloku jakieś sto metrów dalej wybiegają bandyci, wszyscy ubrani tak samo: czarne kurtki, spodnie, oraz kominiarki.
Nie mam czasu, by zastanawiać się, strzelam do jednego z nich, upada głucho na ziemię. Potem biegnę, nie czekając na reakcje jego towarzyszy. W mgnieniu oka doganiam przyjaciół, nie zastanawiam się dokąd biegną, po prostu ruszam za nimi.
Po drodze wszyscy strzelają, bandyci gonią nas z wrzaskami. Nie rozumiem niczego co mówią, zaciskając dłonie na chłodnej stali, przebieram nogami jak najprędzej umiem.
Patryk, który biegnie na przedzie, nagle skręca, po drabinie wchodzi na dach jakiegoś budynku. Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale wchodzę. Jestem już na trzecim szczeblu, podbiega dwóch bandytów, strzelają, ale żaden nie trafia. Są blisko, mocno chwytam się metalowych szczebli lekko spuszczam się, po czym z rozmachu kopię w głowę jednego z wrogów. Drugiemu z góry ktoś odstrzeliwuje łeb, obstawiam, że to Patryk.
Wspinam się dalej, w końcu jestem na dachu obok nich.
Faceci zestrzeliwują z góry nadciągających zewsząd bandytów, nie mogę uwierzyć, ilu ich jest.
Martyna szybko zdejmuje plecak, zauważam, że Wiśnia siedzi koło niej, przykłada ręce do łydki. Marszczę brwi, widzę, że jest ranna.
Jak najszybciej klękam koło dziewczyn, Martyna podaje mi bandaże i gazy. Sprawnie opatruję Julii ranę, pomagam jej wstać. Razem z Tyną bierzemy ją pod ramiona, krzyczę do chłopaków, którzy podrywają się z miejsca i biegną koło nas. Dalszą wędrówkę odbywamy po dachach.
Bloki stoją blisko siebie, z łatwością przechodzimy z jednego na drugi. Tam, gdzie odległość jest większa, ktoś położył grube deski, które służą nam za most. Co po chwila zestrzeliwujemy kogoś, komu uda się wejść na górę.
- Musimy się gdzieś schować.- mówię szybko do pozostałych.- Nie damy rady cały czas uciekać z ranną.
Nie uważam, że Wiśnia jest ciężka, o nie. Ta dziewczyna jest jedną z najdrobniejszych osób jakie znam, z łatwością mi się ją niesie. Ta mała blondynka na pewno nie jest cięższa od mojego plecaka.
Utrudnieniem jest jednak bieg, z Martyną nie możemy poruszać się szybko, podtrzymując ranną, która ledwo porusza nogą.
Po chwili każę Tynie się zatrzymać, kładziemy Wiśnią, wyciągam kolejny bandaż, obwijam nim nogę, stary opatrunek już przesiąkł. Kiedy ja zajmuję się poszkodowaną, trzecia z nas pomaga chłopakom zestrzelić kilku bandytów.
Wiem, że chociaż nie strzelam najlepiej, jestem przydatna w inny sposób. Pierwsza pomoc, samarytanka - tak to wychodzi mi najlepiej z naszej bandy. Przed wojną ja, Patryk i Michał byliśmy w harcerstwie, to tam wszystkiego się nauczyłam. Chłopacy... Oni zwykle zajmowali się pionierką, a to teraz przydaje nam się chyba nawet bardziej niż samarytanka.
Po chwili znowu biegniemy, zauważam, że krzyki i strzały z dołu cichą. Chyba dali sobie z nami spokój, w okolicy jest dużo starych mieszkań do ograbienia. Po co im była garstka dwudziestolatków?
   Po niedługim czasie zatrzymujemy się, by odetchnąć. Siadamy, znowu zajmuję się nogą Wiśni, teraz mogę ja spokojnie oczyścić, wyjąć nabój, zrobić opaskę uciskową.
-Gdzie my teraz pójdziemy?- wzdycha zdenerwowany Patryk.- Jeśli tam wrócimy, znowu natkniemy się na bandytów, natomiast gdzie indziej nie znajdziemy tak dobrze zabezpieczonego mieszkania.
Kończę zawiązywanie bandaża, rozrywam jego koniec, po czym zawiązuję. Wiśnia szepcze podziękowania, poprawia okulary i siada. Uśmiecham się, po czym wtrącam do rozmowy.
-Możemy na razie się tułać. Stać się nomadami.- mówię.
-I gdzie będziemy chodzić?- pyta ironicznie Michał.- Umówiliśmy się już kiedyś, że będziemy unikać Centrum.
-Ale dlaczego?- pytam ja, nie ustępuję.- Przecież tam mogą być... No wiecie... Nasi.
Nieśmiało zerkam na każdego, wypatruję na ich twarzach reakcji.
-Weronika...- wzdycha nagle Martyna.- Minęło już tyle czasu... Musimy się z tym pogodzić, że już najprawdopodobniej nie zobaczymy.Możliwości jest wiele...
-Nie.- przerywam jej. - Ja się z tym nie pogodzę.
Przez chwilę trwa cisza. W mojej głowie toczy się bitwa myśli.
-Okej, może i to jest nieco głupi pomysł.- odzywa się w końcu Patryk.- Ale nie mamy innego. Musimy na razie koczować. Możemy powoli opuszczać to miasto, iść w kierunku Poznania.
-Po co? Większe miasto, to więcej bandytów, ghuli. Więcej problemów.- wzdycha Martyna, po czym kładzie się. Zakrywa twarz dłońmi.
Zaczyna się robić ciemno, chłód wdziera się pod nasze ubrania. Niebezpieczne słońce zachodzi za blokowiskami.
-Gdzie pójdziemy, ustalimy potem.- zakańcza dyskusję Patryk, po czym wstaje. - Znajdźmy schronienie.
Wszyscy zgodnie wstajemy, pomagam Wiśni utrzymać na nogach.
Po niedługim czasie znajdujemy metalową klapę, zamknięta na dużą kłódkę. Dwa strzały pomagają nam otworzyć właz, widzimy drabinę w dół.
Zeszliśmy parę metrów, za nim trafiliśmy na podłogę. Niżej są schody, a po obu ich stronach mieszkania, bez drzwi. Zgodnie wchodzimy do jednego z nich, zapalamy latarki, ostrożnie penetrujemy wnętrze.
Tym razem Julią zajmuje się Tyna, obie wchodzą do pierwszego pomieszczenia po prawej, które kiedyś pewnie służyło za kuchnię. Idę na przedzie z Patrykiem, oboje słyszymy wycie rur, potem kapanie z kranu. A więc kanalizacje tutaj nie uległa aż takiemu zniszczeniu.
Pod naszymi stopami świszczą kawałki mebli, gruzy. Wąski korytarzyk, którym się poruszamy, prowadzi nas do niedużego pomieszczenia, za pewne kiedyś salonu. Stajemy w wejściu, rozglądamy się.
Po nie długiej chwili, dołącza do nas Michał.
-Trzy pokojowe mieszkanko, kuchnia i łazienka. Wszędzie czysto.- mówi szybko, rozgląda się z nami.
Nieco pewniej wychodzę na środek pokoju, chwytam kawałek jakiegoś materiału, zakrywam nim szczelnie okno. To samo robi Patryk z drugim. Wtedy dopiero ściągamy z siebie osłony, z plecaka wyciągam świecę, odpalam ją na czymś, co przypomina szczątki szafy.
Płomyk dali ciepłe, przyjemne światło. Jest chłodno, nie zdejmuję z siebie kurtki.
W kącie widzę jakąś skrzynię, uśmiecham się. Ściągam rękawice, podchodzę i ścieram kurz, otwieram pudło. Od razu się uśmiecham. W środku jest gramofon na korbę, zapewne zabytek. Obok kilka winylowych płyt, zwinięte w rulon płótna, pewnie obrazy.
Wyciągam sprzęt, kręcę korbą, nakładam płytę pod szpulę.Klęczę przed gramofonem, czekam, aż w końcu z głębi tuby wydobywają się ciche, piękne melodie. Mam wrażenie, że za chwilę w moich oczach pojawią się łzy. Tak dawno nie słyszałam muzyki, wsłuchuję się w to co słyszę. Dźwięki instrumentów pobudzają moją wyobraźnię.
- Co to?- słyszę, jak wszyscy podchodzą do mnie.
-Chopin.- mówię i patrze na nich. Uśmiechają się, patrzą z umiłowaniem w gramofon. Chyba czują to co ja, rośnie im serce, chce im się płakać.
Wojna była okrutna, nikt nie miał czasu na muzykę, natomiast po niej każdy przejaw sztuki został zniszczony lub pozostawiony na powierzchni, na pastwę bomb.
A teraz nasze zszarpane nerwy są łagodzone przez fortepian, mile uderzenia w klawiaturę instrumentu.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział I

-Good morning! April the twenty eight two thousand eighteen, the weather is very good! Over th entire England will be sunny today...
- Wyłącz te brednie.- obok mnie warczy Martyna.
Jak na zawołanie, wyciągam rękę i uderzam otwartą dłonią w przycisk z tyłu radia, wesoły głos od razu się wyłącza. Wzdycham, patrzę z podłogi, jak pod ścianą siedzą zdenerwowani przyjaciele.
  Każdego ranka jest tak samo. Budzę się, kładę na ziemi wśród gruzów, włączam radio i słucham, czekam na jakąś wiadomość. Często nic nie rozumiem z tego, co mówią spikerzy, po prostu wyłapuję pojedyncze słowa. Czekam na jakiś odzew...
Tylko w tym miejscu, na ziemi pod chłodną, betonową ścianą, moje stare radio wykopane z ruin starego domu, wyłapuje zasięg. Wszędzie indziej z głośników wydobywa się tylko ponure milczenie.
Przewracam się na plecy, patrzę w sufit, jakby oczekując na nim czegoś nowego. Widzę tylko szary mur, słyszę ciche rozmowy towarzyszy. Monotonia zaczyna mnie przygnębiać.
Zwracam oczy tam, gdzie kiedyś było okno. Marszczę brwi, zastanawiam się, jak długo jeszcze zamierzamy po prostu bezczynnie czekać na... Właśnie, na co? Aż jakiś ghul wpadnie i dla rozrywki rozerwiemy go na strzępy?
Znowu zerkam na radio, marszczę brwi.
Czasem słucham tego, co tam mówią, by upewnić się, że na zewnątrz, po za murami otaczającymi nasz kraj, istnieje radosne życie, takie jakie dawniej prowadziliśmy.
Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, a teraz..? Teraz po prostu pomagamy sobie, by było nam łatwiej. Nie wiem, czy ktokolwiek z nas jeszcze kiedyś poczuje w sercu ukłucie ciepła. Wojna nas zmieniła.
Zamykam oczy, przypominam sobie coś, co spędza mi sen z powiek.
Miałam wielu przyjaciół, naprawdę wielu. Pamiętam każdego, jednak teraz, w tym pomieszczeniu siedzi tylko czwórka z nich. To przerażające.
   Ci, którzy mieli możliwość, wyjechali. Opuścili ten kraj i dobrze, przynajmniej teraz mają lepsze życie.
Inna część zginęła, jedni z nich w słusznej sprawie, inni jako przypadkowi przechodnie natknęli się nie na tych co trzeba. Jednak wśród żadnej z tych grup nie ma nikogo, z moich najbliższych przyjaciół.
Jeszcze za nim weszliśmy do podziemi, była nas ósemka. Czterech mężczyzn, cztery kobiety.
W bunkrach musieliśmy się rozdzielić, jednak nikt nie może dojść do tego, w jaki sposób to się stało. Pewnego dnia, po prostu wyparowali... Została nas piątka, która w niezmienionym składzie wyszła na powierzchnię.
   Siadam, inni od razu przenoszą na mnie wzrok. Patrzę na ich zmęczone twarze. Silę się na uśmiech, chyba pierwszy raz od kilku miesięcy. Czuję kurz na twarzy, trzepoczę szybko rzęsami.
- Kto dzisiaj idzie..?- pytam.
Wszyscy prawie równocześnie marszczą brwi, wygląda to naprawdę zabawnie.
-Wczoraj byłem ja.- odzywa się Patryk.- i jeszcze Tyna.
-Okej.- wzdycha siedzący koło niego Michał.- Ja pójdę.
-Idę z tobą.- dopowiadam i zrywam się z ziemi. Widzę w jego oczach dziwny opór, jednak po chwili ustępuje, chwile później już idziemy przed siebie, wzdłuż korytarza, który prowadzi na zewnątrz.

Tuż przed pancernymi drzwiami owijam głowę i szyję lekką, zieloną chustą, Michał zakrywa głowę kapturem, zakłada swoją maskę, jej widok powoduje u mnie dziwne ukłucie w sercu. Taką samą miał... Szybko odpycham od siebie tę myśl, upewniam się, że dwa Desert Eagle tkwią bezpieczne przy moim pasie, towarzysz trzyma w gotowości karabin SU-16.
Po krótki, porozumiewawczym spojrzeniu, odbezpieczam drzwi, po czym pcham je z całych sił. Rażące słońce bije mnie w oczy, jak dobrze, że chusta daje cień na twarz.
Wychodzimy ostrożnie.
   Idziemy, ciągle milcząc. Taki patrol wykonujemy codziennie, przemierzamy najbliższe ulice, rozglądamy się, po czym wracamy. Nigdy nic się nie dzieje, bandyci koczują bardziej w dawnym centrum miasta, tam mieszka więcej grupek takich jak my, natomiast ghule zawsze kręcą się tam, gdzie najwięcej ludzi. Mieliśmy szczęście, że wybraliśmy sobie siedzibę na obrzeżach, naszego rodzinnego miasta. Tutaj nigdy nic się nie działo, łatwiej było o pożywienie, nikt zbędny nie wpychał nam się w paradę. Zawsze cicho.
Patrzę na Michała, on rozgląda się, ale nigdy nie patrzy na mnie. Zaczyna mnie to denerwować.
-Nie zastanawiałeś się kiedyś...- wzdycham nagle.- Co stało się z innymi? Gdzie poszli, gdzie...
-Są teraz?- kończy za mnie i przystaje.- Ta myśl dręczy mnie codziennie, czasem mam wrażenie, że tylko o tym potrafię myśleć.
Patrzę pod swoje stopy, również się zatrzymuję. Mając szesnaście lat uwielbiałam wychodzić z nim sam na sam, jednak teraz... Miałam wrażenie, że on nie może mnie znieść. To było dla mnie straszne.
Ruszamy dalej, skręcamy w ulicę, przy której kiedyś mieszkała Martyna. Mijamy jej dom, a raczej to, co z niego pozostało, znowu skręcamy. Szukam w kieszeni mojego moro małego batonika, łamię do na dwie części, jedną daję chłopakowi. Bez słowa wpycham sobie wafelek do ust, po czym spuszczam ręce i rozluźniam ramiona. Patrzę co kawałek na towarzysza, wyobrażając go sobie bez tej przykrywki chroniącej przed słońcem. Wiem, że ma długie do ramion, brązowe włosy, które zawsze tworzyły w okół jego głowy busz. Niebieskie oczy, kozia bródka, pociągła twarz. Jest wysoki, pewnie głowę wyższy ode mnie.
Po nie całej godzinie wracamy do schronu.
Tak minął kolejny dzień. Wieczorem kładę się w kącie pomieszczenia, które służy jako pokój mnie, Martynie i Wiśni. Wszystkie trzy leżymy na starych, wyniszczonych materacach, przykrywamy się zmechaconymi kocami. Kiedy dziewczyny zasypiają, wyciągam spod sterty szmat, służących za poduszkę, moje radio, włączam je i próbuję nastawić. Spiker cicho powtarza swoją formułkę, znowu wyłapuję pojedyncze słowa, niedługo później, zamykam oczy. Zasypiam ze świadomością tego, że jakiś dziwny lęk wkrada mi się do serca.

Prolog

Pamiętam ten dzień, a ty? Pamiętasz koniec naszej ery, a początek ich świata?
Czy pamiętasz, jak wybuchła wojna, jak pierwsza bomba nuklearna spadła na ziemię?
Jeśli nie, pozwól, że skrócę cię tę historię.
Był rok 2016. Długo zapowiadany atak Rosjan nadszedł, w kilka miesięcy zmietli nasz kraj z powierzchni ziemi. Wszyscy nasi sojusznicy padli w przed biegach.
  Upadliśmy, by po krótkiej chwili powstać. Wśród ludzi podniósł się bunt, zaczęliśmy iść na Rosję, jednak nasi wrogowie prędko odpowiedzieli na nasze niezadowolenie.
   Wystarczyła setka bomb, zrzucanych kolejno, z naszego kraju już nie było. Na powierzchni zostały tylko zgliszcza, ruiny naszego państwa.
   Zostaliśmy zmuszeni, by zejść do podziemi, gdzie spędziliśmy kolejne miesiące. W tym czasie wojna skończyła się równie nagle, jak zaczęła.
W końcu skończyły nam się zapasy, musieliśmy opuścić schron. Lecz kiedy wyszliśmy na powierzchnię, nie byliśmy już sami...