środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział III

  W mieszkaniu dalej rozchodzą się dźwięki muzyki. Wstaję z ziemi, chwytam pozwijane płótna i siadam pod ścianą. Otwieram rulony, kładę je przed sobą, dalej się uśmiecham. To repliki obrazów. Cieszę się na ich widok, przypominają mi czasy przed wojną.
Za nim to wszystko się stało, dwa lata uczęszczałam do liceum plastycznego. Niestety później, kiedy Rosjanie wkroczyli do Poznania, szkoła, jak wszystkie inne, została zamknięta, a ja wróciłam do domu.
Rozpoznaję z łatwością replikę "Płonącej Żyrafy" Salvadora Dali. Większość z tych obrazów to właśnie kopie surrealistów. "Zegary", "Krzyk"... zastanawiam się, jak bardzo te przerażające sceny mają się do aktualnej sytuacji. Czy może artyści z ubiegłego wieku przewidzieli to wszystko?
  Opieram się plecami o ścianę, patrzę na towarzyszy, którzy po kolei wyciągali płyty i czytali tytuły oraz nazwę wykonawców.
-The Doors!- zachwyciła się Tyna, wyciągnęła z gramofonu Chopinowską płytę, zastąpiła ją starym rock'n'rollem.
-Come on baby, light my fire, try to set the night on fire...- śpiewam razem z wykonawcą, kiwam głową w rytm. Z niekrytą radością patrzę, jak Michał wstaje, chwyta Tynę za ręce i podrywa ją do tańca.
Kręcą się, skaczą, śpiewają i śmieją, ja klaszczę razem z Patrykiem i Julią. Na moment odrywamy się od codzienności, przenosimy do dawnych lat. Czuję się cudownie.
Nagle coś odbija mi się kątem oka, patrzę w tamtą stronę, widzę popękane lustro. Przez krótki moment przyglądam się sobie, mrugam na powitanie tamtej mnie.
Mam krótkie, niechlujnie ucięte, brązowe włosy. Regularnie je ścinam, nie chcę, żeby przeszkadzały mi w działaniu. Kiedyś nosiłam długą kitkę, jednak to było przed wojną. Moja okrągła twarz jest brudna od kurzu, duże, brązowe oczy podkrążone od braku snu. Usta niegdyś różane, teraz są popękane.
Spod warstwy kurzu nie widać mojej dość ciemnej karnacji. Jestem nie wysoka, właściwie tutaj wszyscy oprócz Juli są ode mnie wyżsi.
Pamiętam, że przed wojną, nie byłam tak chuda jak teraz. Czasem zastanawiam się, czy kiedykolwiek dojdę do siebie, po tych szybkich wydarzeniach...
Gwałtownie odwracam głowę od lustra. jestem za bardzo podobna do matki, to przywołuje wspomnienia. Jestem ciekawa, czy jest bezpieczna w Holandii...
Moi rodzice byli rozwiedzeni jeszcze przed Pierwszą Bombą. Ojciec mieszkał w Holandii, tam też miałam uciekać, razem z matką i bratem. Jednak nie chciałam wyjeżdżać, wolałam zostać, pomóc tutaj. Nasza drużyna pomagała w podziemiach rannym i potrzebującym, wiedziałam, że jestem tam potrzebna. Dlatego nie wyjechałam. Zostałam w kraju, pomogłam mamie uciec i od tamtej chwili je nie widziałam. Tak jak nikogo innego z mojej rodziny.
Odpycham od siebie te myśli skupiam się na leżących przede mną obrazach i muzyce.
-Trafiliśmy do domu jakiegoś dobrego człowieka.- wzdycha uradowany Patryk.- Miał gust.
Zgadzam się z nim, kiwam głową i powoli zwijam obrazy. Odkładam je na miejsce.
Patrzę, jak Martyna siada pod zakrytym oknem, opowiada coś Wiśni. Zauważam, że znam ją już osiem lat. Przed wojną byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami, praktycznie nierozerwalnymi. Słuchałyśmy podobnej muzyki, miałyśmy te same poglądy. Do dziś pamiętam, jak zawsze narzekała na swój wzrost.
Jest naprawdę wysoką kobietą, pewnie centymetr niższą od Michała. teraz nie przeszkadza jej, to a może nie zwraca na to uwagi..?
- Lepiej pójdźmy już spać.- szepczę, gdy muzyka się kończy. Cała reszta pokiwała głowami.
-Masz rację, jutro, w godzinach Szczytu, możemy posprawdzać resztę tych mieszkań.- dopowiada Patryk, po czym chowa gramofon i płyty.
Zanim każdy znalazł dla siebie kawałek podłogi, na którym może spać, opatruję nogę Wiśni. Przed snem wszyscy jemy jeszcze po jednym sucharku, pijemy nieco jałową herbatę.
Na ziemi pełnej gruzów nie jest jak w niebie, jednak gdy tylko układam się, czuję dopadające mnie zmęczenie. Zwykła podłoga i plecak pod głową stają się łożem w pięciogwiazdkowym hotelu.
Patrzę w sufit i rozmyślam.
Wiem, dlaczego nie możemy wychodzić na zewnątrz w godzinach Szczytu. Wtedy nawet osłona by nam nie pomogła, spalilibyśmy się żywcem.
Przeklinam w myślach Rosjan i te ich bomby. Wojna nuklearna całkowicie wyniszczyła warstwę ozonową,  dlatego musimy chować każdy centymetr skóry, inaczej usmażylibyśmy się jak kawałki mięsa na patelni. Tylko ghule są odporne na promieniowanie, ale nie ma pojęcia dlaczego... Zresztą, te istoty to inna historia.
Ludzie, którzy nie dostali się do podziemi podczas ewakuacji, zostali na powierzchni podczas nalotu.
Przez nuklearne wybuchy, promieniowanie i inne czynniki stali się mutantami, żywiącymi się ludzkim mięsem. Czasami przypominają mi zombie z tych wszystkich książek, które czytałam przed wojną. Bezmózgie istoty, które dążą tylko do przeżycia.
Wzdrygam się na samą myśl. Nie chcę o tym myśleć, zamykam oczy i oddaje się Morfeuszowi.
   Rankiem przez zasłony bije lekka łuna.
Zbieramy się dość szybko, pijemy herbatę i jemy małe śniadanie, w tle przygrywają nam the Doors. To najmilsze rano od długich lat.
W innych mieszkaniach nie znajdujemy niczego ciekawego; no, może po za małą szkatułką pełną biżuterii, za która możemy coś kupić, jeśli znajdziemy się w centrum. Po za tym w jednym z mieszkań Martyna znalazła gniazdo gołębi, które posłużą nam za obiad.
Kiedy kończymy, mija godzina piętnasta, możemy spokojnie wyjść na zewnątrz. Wiśnia może chodzić sama, chociaż nieco kuleje i idzie wolniej niż my.
Mijamy stary kościół, patrzę na tę ruinę z dziwnym otępieniem. Zaglądam do środka, wołam resztę.
Widok był nieco przerażający.
Ta świątynia była najmłodszym kościołem w naszym mieście. Nie przypomina klasycznych budowli sakralnych, nie ma wieży, nie posiada grubych murów. Budynek ten był budowany na bazie kwadratu, podzielonego na trzy, nie równe pasy: nawę główną i dwie poboczne. Prawa strona doszczętnie zawaliła się, a zadaszenie lewej jest dziurawe.
Idziemy wolno, rozglądamy się. Ławki są przykryte warstwą kurzu i pajęczyn, jednak stoją jak dawniej.
Ja patrze  przed siebie, na ołtarz. Światło wdzierające się do środka przez szczeliny w dachu, oświetla go blaskiem dnia.
Przez marmurową podłogę do środka wdarł się dąb, rósł w cieniu ściany. Posadzka koło ołtarza popękała, trawa wykorzystała to i porosła każdy odsłonięty kawałek ziemi. Byłam zachwycona.
Chociaż nie bywałam w tym miejscu wcześniej zbyt często, pamiętam jak to wyglądało przed tym wszystkim.
Ołtarz i ogromny, piękny obraz na ścianie za nim, ocalały bez szkód.
Podchodzimy bliżej, oni oglądają stół, ja podchodzę bliżej do dzieła. Nigdy nie było mi dane widzieć go z tej perspektywy.
Malowidło przedstawia świętą Jadwigę, klęczącą przed dużym krucyfiksem. Wszystko aż bucha ciepłymi kolorami.
-To są świece i złoto!- krzyczy za mną Michał. Automatycznie odwracam się i mierze go surowym spojrzeniem.
-Zostaw świecidełka.- warczę złowrogo. Chłopak patrzy na mnie, jest zdziwiony.
-Dlaczego?- pyta.
-Z szacunku.- odpowiadam juz ciszej, łagodniej i podchodzę do nich.
   Postanawiamy, że tam zjemy obiad, rozpalamy ognisko i pieczemy nad nim wcześniej przygotowane ptaki.
Jedząc cały czas patrzę w obraz, mam wrażenie, że Ukrzyżowany z malowidła przygląda mi się.
Po krótkim posiłku nie czekamy długo, usuwamy po nas ślady, jedyne co zabieramy ze sobą to porzucona przy jednej z ławek, chusta. Chowam ją do plecaka, po czym mówię.
-Jeśli mamy iść w kierunku Poznania, musimy przejść przez centrum. - wzdycham krótko.
Patryk marszczy brwi, bawi się swoimi długimi,  czarnymi dredami związanymi linką.
-Są tego plusy. - odpowiada.- Od handlarzy będziemy mogli kupić zapasy i medykamenty.
Jak dotąd szliśmy jak najbardziej omijając okolice centrum. Czułam się przez to jak czubek wskazówki zegara, krążący w okół tarczy. 

1 komentarz:

  1. Jejku, aż się uśmiechnęłam na tej scenie z tańcem. To było piękne...

    OdpowiedzUsuń