Rankiem wszystko zdaje mi się inne. Słyszę nagłe huki, nie rozumiem jakim cudem przedarły się przez betonowe mury. Nagle zrywam się i rozumiem. To dzieje się wewnątrz bazy.
Obok mnie Martyna również się obudziła, posyła mi zdenerwowane spojrzenie, po czym bez zawahania chwyta swojego AKM/AKMS i wybiega z pomieszczenia. Widzę, jak długie, blond fale powiewają za nią. Myślę jeszcze chwilę, lecz zaraz potem przywdziewam buty, zapinam pas z bronią i ruszam za nią, popędzając wrzaskami Julię, która nie może znaleźć amunicji.
Mój krzyk miesza się z krzykami chłopaków, którzy już są przy drzwiach, gotowi do wyjścia. Budynkiem trzęsie, z sufitu sypie się gruz. Machinalnie zakładam na nagie ramiona lekką kurtkę moro, znowu zakładam chustę.
-Co się dzieje?!- pytam w między czasie. Patryk, stojący najbliżej mnie, odpowiada.
-Bandyci. Znaleźli nas.- mówi szybko i zwięźle.
Po chwili dołącza do nas Julia, w pełni gotowa do wyjścia.
-Za chwilę wyważą drzwi!- krzyczy Martyna, klęka koło Michała, ręce mocno zaciska na swoim kałachu.
Budynkiem znowu trzęsie, ledwo unikam kawałka gruzu, który z pewnością rozwaliłby mi czaszkę.
-Czekamy!- warczy Patryk.- Broń w gotowości, odsuńcie się od drzwi!
Czuję, jak serce podchodzi mi do gardła, zagryzam wargi, chwytam pistolety i wymierzam w drzwi.
Z drugiej strony po raz kolejny ktoś wali z ogromną siłą w wejście, ze ścian poleciał tynk i salwy kurzu. Nie zwracam na to uwagi, skupiam się tylko i wyłącznie na trzęsieniu podłogi. Cała nasza piątka milczy, wszyscy słuchają rytmicznych uderzeń bandytów.
Jeszcze jedno uderzenie, dwa, trzy...
Bandyci ostatni raz walnęli, wtedy zawiasy pękają, drzwi z ogłuszającym hukiem uderzają na podłogę przed nami. Przez ułamek sekundy jesteśmy zszokowani, potem słychać już tylko wystrzały z naszych broni.
Zaskoczeni bandyci padają w wejściu jak trupy, było ich tam kilku.
Kiedy ostatni upadł, Michał podbiega do jednego z nich, wyciąga z jego kieszeni magazynek, to samo robi reszta z innymi ciałami, bierzemy to co może się przydać, w pośpiechu z różnych zakamarków bazy chwytamy plecaki, wypełniamy je najpotrzebniejszymi rzeczami, po czym jeden po drugim wybiegamy na zewnątrz, zaniepokojeni krzykami z ulicy.
Widzę, jak z bloku jakieś sto metrów dalej wybiegają bandyci, wszyscy ubrani tak samo: czarne kurtki, spodnie, oraz kominiarki.
Nie mam czasu, by zastanawiać się, strzelam do jednego z nich, upada głucho na ziemię. Potem biegnę, nie czekając na reakcje jego towarzyszy. W mgnieniu oka doganiam przyjaciół, nie zastanawiam się dokąd biegną, po prostu ruszam za nimi.
Po drodze wszyscy strzelają, bandyci gonią nas z wrzaskami. Nie rozumiem niczego co mówią, zaciskając dłonie na chłodnej stali, przebieram nogami jak najprędzej umiem.
Patryk, który biegnie na przedzie, nagle skręca, po drabinie wchodzi na dach jakiegoś budynku. Nie wiem, czy to dobry pomysł, ale wchodzę. Jestem już na trzecim szczeblu, podbiega dwóch bandytów, strzelają, ale żaden nie trafia. Są blisko, mocno chwytam się metalowych szczebli lekko spuszczam się, po czym z rozmachu kopię w głowę jednego z wrogów. Drugiemu z góry ktoś odstrzeliwuje łeb, obstawiam, że to Patryk.
Wspinam się dalej, w końcu jestem na dachu obok nich.
Faceci zestrzeliwują z góry nadciągających zewsząd bandytów, nie mogę uwierzyć, ilu ich jest.
Martyna szybko zdejmuje plecak, zauważam, że Wiśnia siedzi koło niej, przykłada ręce do łydki. Marszczę brwi, widzę, że jest ranna.
Jak najszybciej klękam koło dziewczyn, Martyna podaje mi bandaże i gazy. Sprawnie opatruję Julii ranę, pomagam jej wstać. Razem z Tyną bierzemy ją pod ramiona, krzyczę do chłopaków, którzy podrywają się z miejsca i biegną koło nas. Dalszą wędrówkę odbywamy po dachach.
Bloki stoją blisko siebie, z łatwością przechodzimy z jednego na drugi. Tam, gdzie odległość jest większa, ktoś położył grube deski, które służą nam za most. Co po chwila zestrzeliwujemy kogoś, komu uda się wejść na górę.
- Musimy się gdzieś schować.- mówię szybko do pozostałych.- Nie damy rady cały czas uciekać z ranną.
Nie uważam, że Wiśnia jest ciężka, o nie. Ta dziewczyna jest jedną z najdrobniejszych osób jakie znam, z łatwością mi się ją niesie. Ta mała blondynka na pewno nie jest cięższa od mojego plecaka.
Utrudnieniem jest jednak bieg, z Martyną nie możemy poruszać się szybko, podtrzymując ranną, która ledwo porusza nogą.
Po chwili każę Tynie się zatrzymać, kładziemy Wiśnią, wyciągam kolejny bandaż, obwijam nim nogę, stary opatrunek już przesiąkł. Kiedy ja zajmuję się poszkodowaną, trzecia z nas pomaga chłopakom zestrzelić kilku bandytów.
Wiem, że chociaż nie strzelam najlepiej, jestem przydatna w inny sposób. Pierwsza pomoc, samarytanka - tak to wychodzi mi najlepiej z naszej bandy. Przed wojną ja, Patryk i Michał byliśmy w harcerstwie, to tam wszystkiego się nauczyłam. Chłopacy... Oni zwykle zajmowali się pionierką, a to teraz przydaje nam się chyba nawet bardziej niż samarytanka.
Po chwili znowu biegniemy, zauważam, że krzyki i strzały z dołu cichą. Chyba dali sobie z nami spokój, w okolicy jest dużo starych mieszkań do ograbienia. Po co im była garstka dwudziestolatków?
Po niedługim czasie zatrzymujemy się, by odetchnąć. Siadamy, znowu zajmuję się nogą Wiśni, teraz mogę ja spokojnie oczyścić, wyjąć nabój, zrobić opaskę uciskową.
-Gdzie my teraz pójdziemy?- wzdycha zdenerwowany Patryk.- Jeśli tam wrócimy, znowu natkniemy się na bandytów, natomiast gdzie indziej nie znajdziemy tak dobrze zabezpieczonego mieszkania.
Kończę zawiązywanie bandaża, rozrywam jego koniec, po czym zawiązuję. Wiśnia szepcze podziękowania, poprawia okulary i siada. Uśmiecham się, po czym wtrącam do rozmowy.
-Możemy na razie się tułać. Stać się nomadami.- mówię.
-I gdzie będziemy chodzić?- pyta ironicznie Michał.- Umówiliśmy się już kiedyś, że będziemy unikać Centrum.
-Ale dlaczego?- pytam ja, nie ustępuję.- Przecież tam mogą być... No wiecie... Nasi.
Nieśmiało zerkam na każdego, wypatruję na ich twarzach reakcji.
-Weronika...- wzdycha nagle Martyna.- Minęło już tyle czasu... Musimy się z tym pogodzić, że już najprawdopodobniej nie zobaczymy.Możliwości jest wiele...
-Nie.- przerywam jej. - Ja się z tym nie pogodzę.
Przez chwilę trwa cisza. W mojej głowie toczy się bitwa myśli.
-Okej, może i to jest nieco głupi pomysł.- odzywa się w końcu Patryk.- Ale nie mamy innego. Musimy na razie koczować. Możemy powoli opuszczać to miasto, iść w kierunku Poznania.
-Po co? Większe miasto, to więcej bandytów, ghuli. Więcej problemów.- wzdycha Martyna, po czym kładzie się. Zakrywa twarz dłońmi.
Zaczyna się robić ciemno, chłód wdziera się pod nasze ubrania. Niebezpieczne słońce zachodzi za blokowiskami.
-Gdzie pójdziemy, ustalimy potem.- zakańcza dyskusję Patryk, po czym wstaje. - Znajdźmy schronienie.
Wszyscy zgodnie wstajemy, pomagam Wiśni utrzymać na nogach.
Po niedługim czasie znajdujemy metalową klapę, zamknięta na dużą kłódkę. Dwa strzały pomagają nam otworzyć właz, widzimy drabinę w dół.
Zeszliśmy parę metrów, za nim trafiliśmy na podłogę. Niżej są schody, a po obu ich stronach mieszkania, bez drzwi. Zgodnie wchodzimy do jednego z nich, zapalamy latarki, ostrożnie penetrujemy wnętrze.
Tym razem Julią zajmuje się Tyna, obie wchodzą do pierwszego pomieszczenia po prawej, które kiedyś pewnie służyło za kuchnię. Idę na przedzie z Patrykiem, oboje słyszymy wycie rur, potem kapanie z kranu. A więc kanalizacje tutaj nie uległa aż takiemu zniszczeniu.
Pod naszymi stopami świszczą kawałki mebli, gruzy. Wąski korytarzyk, którym się poruszamy, prowadzi nas do niedużego pomieszczenia, za pewne kiedyś salonu. Stajemy w wejściu, rozglądamy się.
Po nie długiej chwili, dołącza do nas Michał.
-Trzy pokojowe mieszkanko, kuchnia i łazienka. Wszędzie czysto.- mówi szybko, rozgląda się z nami.
Nieco pewniej wychodzę na środek pokoju, chwytam kawałek jakiegoś materiału, zakrywam nim szczelnie okno. To samo robi Patryk z drugim. Wtedy dopiero ściągamy z siebie osłony, z plecaka wyciągam świecę, odpalam ją na czymś, co przypomina szczątki szafy.
Płomyk dali ciepłe, przyjemne światło. Jest chłodno, nie zdejmuję z siebie kurtki.
W kącie widzę jakąś skrzynię, uśmiecham się. Ściągam rękawice, podchodzę i ścieram kurz, otwieram pudło. Od razu się uśmiecham. W środku jest gramofon na korbę, zapewne zabytek. Obok kilka winylowych płyt, zwinięte w rulon płótna, pewnie obrazy.
Wyciągam sprzęt, kręcę korbą, nakładam płytę pod szpulę.Klęczę przed gramofonem, czekam, aż w końcu z głębi tuby wydobywają się ciche, piękne melodie. Mam wrażenie, że za chwilę w moich oczach pojawią się łzy. Tak dawno nie słyszałam muzyki, wsłuchuję się w to co słyszę. Dźwięki instrumentów pobudzają moją wyobraźnię.
- Co to?- słyszę, jak wszyscy podchodzą do mnie.
-Chopin.- mówię i patrze na nich. Uśmiechają się, patrzą z umiłowaniem w gramofon. Chyba czują to co ja, rośnie im serce, chce im się płakać.
Wojna była okrutna, nikt nie miał czasu na muzykę, natomiast po niej każdy przejaw sztuki został zniszczony lub pozostawiony na powierzchni, na pastwę bomb.
A teraz nasze zszarpane nerwy są łagodzone przez fortepian, mile uderzenia w klawiaturę instrumentu.
Ej... Tak mi smutno... To zakończenie jest piękne...
OdpowiedzUsuń