poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozdział I

-Good morning! April the twenty eight two thousand eighteen, the weather is very good! Over th entire England will be sunny today...
- Wyłącz te brednie.- obok mnie warczy Martyna.
Jak na zawołanie, wyciągam rękę i uderzam otwartą dłonią w przycisk z tyłu radia, wesoły głos od razu się wyłącza. Wzdycham, patrzę z podłogi, jak pod ścianą siedzą zdenerwowani przyjaciele.
  Każdego ranka jest tak samo. Budzę się, kładę na ziemi wśród gruzów, włączam radio i słucham, czekam na jakąś wiadomość. Często nic nie rozumiem z tego, co mówią spikerzy, po prostu wyłapuję pojedyncze słowa. Czekam na jakiś odzew...
Tylko w tym miejscu, na ziemi pod chłodną, betonową ścianą, moje stare radio wykopane z ruin starego domu, wyłapuje zasięg. Wszędzie indziej z głośników wydobywa się tylko ponure milczenie.
Przewracam się na plecy, patrzę w sufit, jakby oczekując na nim czegoś nowego. Widzę tylko szary mur, słyszę ciche rozmowy towarzyszy. Monotonia zaczyna mnie przygnębiać.
Zwracam oczy tam, gdzie kiedyś było okno. Marszczę brwi, zastanawiam się, jak długo jeszcze zamierzamy po prostu bezczynnie czekać na... Właśnie, na co? Aż jakiś ghul wpadnie i dla rozrywki rozerwiemy go na strzępy?
Znowu zerkam na radio, marszczę brwi.
Czasem słucham tego, co tam mówią, by upewnić się, że na zewnątrz, po za murami otaczającymi nasz kraj, istnieje radosne życie, takie jakie dawniej prowadziliśmy.
Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, a teraz..? Teraz po prostu pomagamy sobie, by było nam łatwiej. Nie wiem, czy ktokolwiek z nas jeszcze kiedyś poczuje w sercu ukłucie ciepła. Wojna nas zmieniła.
Zamykam oczy, przypominam sobie coś, co spędza mi sen z powiek.
Miałam wielu przyjaciół, naprawdę wielu. Pamiętam każdego, jednak teraz, w tym pomieszczeniu siedzi tylko czwórka z nich. To przerażające.
   Ci, którzy mieli możliwość, wyjechali. Opuścili ten kraj i dobrze, przynajmniej teraz mają lepsze życie.
Inna część zginęła, jedni z nich w słusznej sprawie, inni jako przypadkowi przechodnie natknęli się nie na tych co trzeba. Jednak wśród żadnej z tych grup nie ma nikogo, z moich najbliższych przyjaciół.
Jeszcze za nim weszliśmy do podziemi, była nas ósemka. Czterech mężczyzn, cztery kobiety.
W bunkrach musieliśmy się rozdzielić, jednak nikt nie może dojść do tego, w jaki sposób to się stało. Pewnego dnia, po prostu wyparowali... Została nas piątka, która w niezmienionym składzie wyszła na powierzchnię.
   Siadam, inni od razu przenoszą na mnie wzrok. Patrzę na ich zmęczone twarze. Silę się na uśmiech, chyba pierwszy raz od kilku miesięcy. Czuję kurz na twarzy, trzepoczę szybko rzęsami.
- Kto dzisiaj idzie..?- pytam.
Wszyscy prawie równocześnie marszczą brwi, wygląda to naprawdę zabawnie.
-Wczoraj byłem ja.- odzywa się Patryk.- i jeszcze Tyna.
-Okej.- wzdycha siedzący koło niego Michał.- Ja pójdę.
-Idę z tobą.- dopowiadam i zrywam się z ziemi. Widzę w jego oczach dziwny opór, jednak po chwili ustępuje, chwile później już idziemy przed siebie, wzdłuż korytarza, który prowadzi na zewnątrz.

Tuż przed pancernymi drzwiami owijam głowę i szyję lekką, zieloną chustą, Michał zakrywa głowę kapturem, zakłada swoją maskę, jej widok powoduje u mnie dziwne ukłucie w sercu. Taką samą miał... Szybko odpycham od siebie tę myśl, upewniam się, że dwa Desert Eagle tkwią bezpieczne przy moim pasie, towarzysz trzyma w gotowości karabin SU-16.
Po krótki, porozumiewawczym spojrzeniu, odbezpieczam drzwi, po czym pcham je z całych sił. Rażące słońce bije mnie w oczy, jak dobrze, że chusta daje cień na twarz.
Wychodzimy ostrożnie.
   Idziemy, ciągle milcząc. Taki patrol wykonujemy codziennie, przemierzamy najbliższe ulice, rozglądamy się, po czym wracamy. Nigdy nic się nie dzieje, bandyci koczują bardziej w dawnym centrum miasta, tam mieszka więcej grupek takich jak my, natomiast ghule zawsze kręcą się tam, gdzie najwięcej ludzi. Mieliśmy szczęście, że wybraliśmy sobie siedzibę na obrzeżach, naszego rodzinnego miasta. Tutaj nigdy nic się nie działo, łatwiej było o pożywienie, nikt zbędny nie wpychał nam się w paradę. Zawsze cicho.
Patrzę na Michała, on rozgląda się, ale nigdy nie patrzy na mnie. Zaczyna mnie to denerwować.
-Nie zastanawiałeś się kiedyś...- wzdycham nagle.- Co stało się z innymi? Gdzie poszli, gdzie...
-Są teraz?- kończy za mnie i przystaje.- Ta myśl dręczy mnie codziennie, czasem mam wrażenie, że tylko o tym potrafię myśleć.
Patrzę pod swoje stopy, również się zatrzymuję. Mając szesnaście lat uwielbiałam wychodzić z nim sam na sam, jednak teraz... Miałam wrażenie, że on nie może mnie znieść. To było dla mnie straszne.
Ruszamy dalej, skręcamy w ulicę, przy której kiedyś mieszkała Martyna. Mijamy jej dom, a raczej to, co z niego pozostało, znowu skręcamy. Szukam w kieszeni mojego moro małego batonika, łamię do na dwie części, jedną daję chłopakowi. Bez słowa wpycham sobie wafelek do ust, po czym spuszczam ręce i rozluźniam ramiona. Patrzę co kawałek na towarzysza, wyobrażając go sobie bez tej przykrywki chroniącej przed słońcem. Wiem, że ma długie do ramion, brązowe włosy, które zawsze tworzyły w okół jego głowy busz. Niebieskie oczy, kozia bródka, pociągła twarz. Jest wysoki, pewnie głowę wyższy ode mnie.
Po nie całej godzinie wracamy do schronu.
Tak minął kolejny dzień. Wieczorem kładę się w kącie pomieszczenia, które służy jako pokój mnie, Martynie i Wiśni. Wszystkie trzy leżymy na starych, wyniszczonych materacach, przykrywamy się zmechaconymi kocami. Kiedy dziewczyny zasypiają, wyciągam spod sterty szmat, służących za poduszkę, moje radio, włączam je i próbuję nastawić. Spiker cicho powtarza swoją formułkę, znowu wyłapuję pojedyncze słowa, niedługo później, zamykam oczy. Zasypiam ze świadomością tego, że jakiś dziwny lęk wkrada mi się do serca.

1 komentarz: